JANEK KOZA

Urodził się w 1970 roku we Wrocławiu. Jest absolwentem wydziału malarstwa na tamtejszej ASP. Na tej uczelni pracował także jako asystent w Katedrze Wiedzy Wizualnej. Kozę można określić trochę staroświeckim mianem artysty prawdziwie renesansowego. Zajmuje się on bowiem wieloma rodzajami sztuki. Od tak oczywistych jak malarstwo, przez prace video i filmy animowane, aż po wiersze i komiksy. W każdej z tych dziedzin może pochwalić się znaczącymi osiągnięciami, a lista wystaw, w których brał udział, jest długa. Jego prace można było zobaczyć np. w Muzeum Sztuki w Łodzi, Muzeum Narodowym w Poznaniu, klubie „Mózg” w Bydgoszczy (wymieniony jest na liście osób, które niewątpliwie miały wpływ na charakter klubu), a także wśród dzieł takich artystów, jak Edward Dwurnik, Stefan Gierowski, Jerzy Nowosielski, Roman Opałka, Leon Tarasewicz, na wystawie „Granice malarstwa” w warszawskim CSW. Nazywany jest gwiazdą i legendą wrocławskiej awangardy artystycznej. W jej poczet zaliczyć można również m.in. Monikę Grzesiewską, Elżbietę Janczak Wałaszek, Pawła Jarodzkiego, Antoniego Wajdę, Krzysztofa Wałaszka ­ artystów związanych z galerią Entropia. Janek Koza wspólnie z nimi wystawiał swoje prace na wielu wystawach, z których pierwsza, poświęcona fryzjerstwu „Frisier Wunder”, miała miejsce właśnie w Entropii w 2000 roku. Koza pokazał na niej swoje wersje przyborów do pielęgnacji włosów (pianek, farb) znanych firm kosmetycznych zrobione z kartonu i pomalowane kredkami. Następna wystawa tej grupy, we wrocławskim Arsenale zatytułowana została „Fun Gun” i zamknięto ją w atmosferze skandalu zanim na dobre się rozpoczęła. Jak wiadomo nie ma lepszej reklamy dla artysty i dzieła sztuki niż jego napiętnowanie przez jednostki bądź społeczne grupy. W związku tym prace Janka Kozy i innych wrocławskich twórców coraz chętniej pokazywano w różnych zakątkach Polski ­ w zielonogórskiej BWA na wystawie „Europe non stop” poświęconej sytuacji gospodarczej i politycznej Europy, w łódzkim Manhattanie zaprezentowano „Obrazy które leczą” (Janek Koza przedstawił na niej scenki z życia polskiej służby zdrowia ­ m.in. „Łapówka” i „Strajk pielęgniarek” ­ zrobione z zapałek i kasztanów). W Ustce grupa ta pokazała swoje prace na wystawie zatytułowanej „Sztuka przez wielkie G”. Taki sam tytuł nosił artykuł Kozy, podsumowujący artystyczne działania grupy, opublikowany w internetowym czasopiśmie „Latarnik”. Oprócz malarstwa Koza zajmuje się także sztuką video. Jego filmy pokazywane były na przeglądach na całym świecie ­ w Rosji, Niemczech, Wielkiej Brytanii, Brazylii, Japonii, Ukrainie, Holandii, Czechach, Austrii (przegląd „Od monumentu do marketu. Przestrzeń publiczna w polskiej sztuce wideo” w wiedeńskiej Kunsthalle). Zainteresowanie techniką video i sztukami plastycznymi prędzej czy później musiało zakończyć się tworzeniem animacji. Najpierw były jej proste formy, jak np. cykl „Liryka erotyczna” powstały w latach 1993-1994 czy „Konsumpcja” z 1995, potem bardziej skomplikowane projekty ­ „Welcome in cybersex” (1999), „Psy” (2000), „ZTV ­ telewizja dla zwierząt” (2001). Najsłynniejszym i najdłuższym cyklem filmów animowanych Janka Kozy są „Erotyczne zwierzenia” powstałe w 1996 roku. Prezentowane były najpierw w regionalnej wrocławskiej telewizji TV5, a potem w Canal + (tam też emitowany był serial „Szczepan i Irenka”, który Koza wymyślił). W każdym odcinku Koza czynił bohaterami „zwykłych ludzi”, którzy dzielili się miłosnymi historiami ze swego życia. Opowiadali o małżeńskiej rutynie, nagłych zauroczeniach i zdradach, wakacyjnych flirtach i cielesnych uniesieniach. Wszystko rysowane było stylowo „brzydką” kreską, niedbale, bez przestrzegania zasad perspektywy czy proporcji. Czyli tak, jak Koza rysował od dawna (np. w młodszym o trzy lata cyklu „Liryka erotyczna”). Podobnie wyglądała animacja, która w niczym nie przypominała wycyzelowanych filmów z wytwórni Disneya. Złudzenie ruchu bohaterów brało się z prostego zapętlenia dwóch rysunków przedstawiających postaci w innych pozach. Poprzez bardzo świadome stosowanie tej stylistyki i absurdalne poczucie humoru udało się Kozie stworzyć doskonałą kpinę z programów typu „Wybacz mi”, „Rozmowy w toku”, „All you need is love” zanim te programy pojawiły się w naszej telewizji! Sama kpina to rzecz dość prosta. Trudniej jest stworzyć historie zabawne, melancholijnie smutne, zaskakujące i nie pozbawione mądrej refleksji o międzyludzkich relacjach jednocześnie. Kozie się to udało. Jedyny jak na razie wydany jego komiks ­ „Erotyczne zwierzenia” ­ to przeniesienie idei tego serialu na papier. W albumie znalazły się zresztą komiksowe wersje dwóch krótkich filmów: „Prawdziwa miłość” i „Rodzinny interes”. Reszta opowieści to materiał, który wcześniej pojawiał się w miesięczniku „Aktivist” publikującym kolejne erotyczne zwierzenia. Ich „unieruchomienie” na papierze nie odebrało im niezwykłego, lekko turpistycznego uroku (jedyną stratą jest brak głosu samego autora, który był lektorem w filmach). Koza jest mistrzem w portretowaniu brzydoty ludzkiego ciała. Uzyskuje to niedbałą, poszarpaną kreską i nakładaniem na gotowy obrazek „zabrudzeń”. Sekret jednak tkwi przede wszystkim w skarlałych lub przerośniętych nieproporcjonalnych fizjonomiach. W drobiazgowo rysowanym owłosieniu na nogach, pachach, w pachwinach. W zmarszczkach, fałdach tłuszczu i odsłoniętych dziąsłach. Koza nie próbuje jednak zasugerować tą fizyczną brzydotą, brzydoty ludzkich dusz. Jego bohaterowie są raz okrutni, raz czuli, raz kochający, raz zdradzający, raz romantyczni a raz potwornie cyniczni. Po prostu niedoskonale ludzcy. Czego na pewno nie można powiedzieć o dziewczynach z rozkładówek „Playboya”. Podobnie jest w innych komiksach Kozy. W wydrukowanej w „Arena Komiks” „Próżni” (kolejna znana już z animowanego filmu historia) widzimy przygotowania i start polskiej misji kosmicznej, której powodzenie zagrożone jest przez pewien mały błąd. W znajdującej się w antologii „Manga po polsku” opowieści „Sailor Moon w Warszawie” poznajemy małą Azjatkę ciężko pracującą (ach, te żylaki na nogach!) w budce z chińszczyzną. Według Kozy równie prozaiczny i smutny żywot wiedzie nawet słynny kapitan Żbik. W „Świeżym tropie” (zbiór „I co dalej kapitanie?”) nie jest żadnym herosem ścigającym złoczyńców a jedynie podstarzałym panem z brzuszkiem, który szuka zaginionych suczek i uwodzi ich, równie podstarzałe jak on, właścicielki.
Janek Koza rysuje komiksy dla przyjemności, na życie zarabia pracując w agencji reklamowej. I tak naprawdę nie nazywa się Janek Koza. To tylko pseudonim, tak swojski i zwyczajny jak jego historie.

Publikacje komiksowe:
„Erotyczne zwierzenia” (kultura gniewu 2003),
„Wszystko źle” (kultura gniewu 2007).

Opracowanie: Szymon Holcman

E-galeria


copyright © 2004–2017 kultura gniewu